-Kim, Kim. Kim, Kiimm..
Podnoszę moją rozkojarzoną głowę do góry. Oh, to tylko ona. Co ja wygaduję? To nie jest tylko ona. To aż ona. Dzięki niej w ogóle jeszcze tu siedzę, mam jakąkolwiek ochotę ciągnąć to głupie życie. Życie, do szpiku przesiąknięte kłamstwami i intrygą. Życie, którego właściwie nie mogę nazwać życiem.
- Lindy. - zacięłam się. Z trudem hamuję łzy. - Cieszę się, że jesteś.
Może to taka dosyć normalna odzywka, ale mi na prawdę zależy na tym, aby ona tu była. Była i mnie nie zostawiła, nie okłamała, nie zdradziła. Jako jedyna.
- Ej, nie płacz. Głowa do góry, wszystko będzie dobrze. - zaczyna mnie głaskać po głowie.
Zupełnie, jak małe dziecko, które nie dostało zabawki, którą chciało.
- Odrobiłaś w końcu to zadanie? - pyta ta, przez którą jeszcze tu siedzę. - Muszę się zbierać.
- Zrobiłam, ale nie idź. Zostań na noc, albo zabierz mnie ze sobą. - proponuję zdesperowana.
- Przykro mi, nie mogę. Pa, Kimmy.
Macha mi na pożegnanie i, zabierając swoje rzeczy, wychodzi z pokoju. Słyszę zamykane drzwi. Cyk- cyk. Tak, ma klucz.
*
Kawowy sweterek w czarne kropki, miętowe spodenki, białe, krótkie trampki. Na rzęsy kapinka tuszu, na powieki dwie cieniutkie kreski, na usta minimalna warstwa błyszczyku i włosy w wysoki kucyk. Lindy nazywa mnie Roszpunką, ale Stacy i Jannette się ze mnie śmieją. Wiem, że to tylko głupie panny, które chcą mi zrobić na złość, ale.. czy ja właściwie sama wiem, komu wierzę?
- Kim!
- Mam gdzieś, co chcesz mi powiedzieć! Zostaw mnie, żyj własnym życiem, ale mnie zostaw. Nie dość już mi złego zrobiłaś? Myślałam, że będziesz dla mnie podporą, rodziną. A jesteś jak jakaś kompletnie obca mi osoba!
Wychodzę z domu. Trach! Trzaskam drzwiami. Jak mogłam tak potraktować własną matkę? Dla innych jest to obce, dla mnie to codzienność. Ona nie wie, w czym mi zawiniła, a ja jej tego nie powiem. Nie powiem, bo i tak zaprzeczy.
Trzy. Dwa. Jeden. Wchodzę do szkoły. Wszystkie spojrzenia kierują się na mnie. Kilka osób szepcze między sobą, inni wytykają mnie palcami. Codzienność.
- Kim!
Uff, jest Lindy.
- Kim! Jack Brewer. Kojarzysz nazwisko? - pyta Connor [Lindy].
- Ten.. - nie daje mi dokończyć.
- To ci powiem! Ten typek, który spał z prawie każdą dziewczyną w tym mieście.
- Nie wyłączając Stacy i Jannette.. - mówię to cicho, jakby bojąc się, ze one usłyszą. Choć nawet nie było ich w pobliżu.
Owszem, doskonale wiem, kim jest Jack Brewer. Słyszałam również, że żadna dziewczyna nie umie mu się oprzeć. Nie można patrzeć mu w oczy. Inaczej, już jesteś jego.
- Więc, co z tym Brewer'em?
Lindy ogląda się naokoło.
- Właśnie wchodzi do szkoły.
Serce aż podskakuje mi do gardła. Czemu? Dobre pytane.. Boję się? mam coś na sumieniu? Nie wiem. Kolejna rzecz, której nie umiem wyjaśnić. Gdybym zaczęła się nad tym zastanawiać, pewnie skończyłabym jutro rano. Tymczasem ja nie mam już ani chwili.
- Możemy pogadać? - słyszę za plecami.
- Tylko nie patrz mu w oczy.. Nie w oczy.. - szepcze mi na ucho Lindy i.. ucieka.
Ja nie mogę! Ucieka! Zostawia mnie samą, wtedy, gdy najbardziej jej potrzebuję!
- Odwrócisz się, czy jeszcze długo mam tak czekać?
Powoli obracam się w kierunku głosu, który dobrze znam. Odwracam wzrok od podłogi, kierując go coraz wyżej. Kończę jednak tylko na ustach. Gdybym popatrzyła dalej..
- O co chodzi? - poruszam ustami, jakbym to mówiła, jednak zamiast tego wydobywa się z nich [ust] dziwny pisk, niczym nie przypominający owe słowa.
- Unikasz mnie jak ognia. Boisz się czegoś? Przecież jestem zupełnie nieszkodliwy. Po prostu podnieś wzrok jeszcze trochę do góry i sama zobaczysz.
Nie wiem, czy to moja skończona głupota, czy jego melodyjny głos, ale podnoszę wzrok. Rozwieram lekko usta, aby dać upust mojemu zaskoczeniu. Te oczy, są zupełnie takie, jak słyszałam. Czekoladowe, jak rzeka Nutelli, głębokie, błyszczące w świetle czerwcowego słońca. Wpatruję się w niego i już wiem, co się zaraz stanie.
Jego twarz jest niebezpiecznie blisko mojej twarzy, na szyi czuję jego oddech, włosy z jego grzywki łaskoczą mnie po czole. I kiedy jego wargi już prawie dotykają moich..
- Jack, rusz się! Nie mamy całego dnia!
Szatyn odwraca się, a wraz z tym ja wracam na ziemię. Patrzę przed siebie i widzę.. Hmm.. Jerry Martinez? Tak, to na pewno on. Brewer odchodzi w jego stronę wyraźnie rozzłoszczony, a ja delikatnie zakładam włosy za ucho, z ulgą wypuszczając powietrze.
- Cholera, Jerry! To się mogło udać! - wrzeszczy Jack. - Już prawie była moja!
- Ta, nie jest taka głupia, żeby tobie ulec. Jest inna, widzę to na pierwszy rzut oka.
- Jesteś idiotą. One wszystkie są takie same. Nie ma mowy, żeby ona była inna.
- Ale jest.
Serce aż podskakuje mi do gardła. Czemu? Dobre pytane.. Boję się? mam coś na sumieniu? Nie wiem. Kolejna rzecz, której nie umiem wyjaśnić. Gdybym zaczęła się nad tym zastanawiać, pewnie skończyłabym jutro rano. Tymczasem ja nie mam już ani chwili.
- Możemy pogadać? - słyszę za plecami.
- Tylko nie patrz mu w oczy.. Nie w oczy.. - szepcze mi na ucho Lindy i.. ucieka.
Ja nie mogę! Ucieka! Zostawia mnie samą, wtedy, gdy najbardziej jej potrzebuję!
- Odwrócisz się, czy jeszcze długo mam tak czekać?
Powoli obracam się w kierunku głosu, który dobrze znam. Odwracam wzrok od podłogi, kierując go coraz wyżej. Kończę jednak tylko na ustach. Gdybym popatrzyła dalej..
- O co chodzi? - poruszam ustami, jakbym to mówiła, jednak zamiast tego wydobywa się z nich [ust] dziwny pisk, niczym nie przypominający owe słowa.
- Unikasz mnie jak ognia. Boisz się czegoś? Przecież jestem zupełnie nieszkodliwy. Po prostu podnieś wzrok jeszcze trochę do góry i sama zobaczysz.
Nie wiem, czy to moja skończona głupota, czy jego melodyjny głos, ale podnoszę wzrok. Rozwieram lekko usta, aby dać upust mojemu zaskoczeniu. Te oczy, są zupełnie takie, jak słyszałam. Czekoladowe, jak rzeka Nutelli, głębokie, błyszczące w świetle czerwcowego słońca. Wpatruję się w niego i już wiem, co się zaraz stanie.
Jego twarz jest niebezpiecznie blisko mojej twarzy, na szyi czuję jego oddech, włosy z jego grzywki łaskoczą mnie po czole. I kiedy jego wargi już prawie dotykają moich..
- Jack, rusz się! Nie mamy całego dnia!
Szatyn odwraca się, a wraz z tym ja wracam na ziemię. Patrzę przed siebie i widzę.. Hmm.. Jerry Martinez? Tak, to na pewno on. Brewer odchodzi w jego stronę wyraźnie rozzłoszczony, a ja delikatnie zakładam włosy za ucho, z ulgą wypuszczając powietrze.
- Cholera, Jerry! To się mogło udać! - wrzeszczy Jack. - Już prawie była moja!
- Ta, nie jest taka głupia, żeby tobie ulec. Jest inna, widzę to na pierwszy rzut oka.
- Jesteś idiotą. One wszystkie są takie same. Nie ma mowy, żeby ona była inna.
- Ale jest.
*
Czy to wszystko dzieje się na prawdę? może to tylko sen? może to tylko żart? Czy ja właśnie prawie (!) całowałam się z najgroźniejszą osobą w całym Seaford? Boże, to musiał być sen! Tylko sen, z którego zaraz się obudzę. Zaraz matka będzie chciała ze mną porozmawiać, a ja wykrzyczę jej prosto w twarz, że jej nienawidzę i wyjdę z domu. Wybiegnę. Pójdę tam, gdzie chce. Bez względu na wszystko.
Wiercę się na łóżku, nie mogę spać. Nawet cicha melodia mojej ulubionej piosenki, płynąca z słuchawek nic nie zmienia. Wpatruje się w ścianę. Widzę ją, bo jest już czerwiec, słońce w zasadzie nie znika z nieboskłonu. Tylko dwa tygodnie do zakończenia szkoły. A potem wyjeżdżam do ciotki Mellissy. Do Mellissy. Jest dla mnie jak ciotka, matka (której chyba nigdy nie miałam) i siostra za razem. Jest moją przyjaciółką. Moim wsparciem.
Wow .... troche zakrecony ten rozdzial i krotki ale to co i tak jest Boski;**
OdpowiedzUsuńMam nadzieje ze Kim bedzie nie dostepna dla Jack'a ;D
Czekam na kolejny rozdzial ;D Kiedy next ???
Caluski <33